Niesporek Krzysztof - Wywiad

Więźniowie, zmarli, eteryczne kobiety, zwariowani nowożeńcy na stacjach benzynowych, panny młode kąpiące się w kałużach – w kadrze Krzysztofa Niesporka

- Od dawna wiadomo o Pana ogromnej aktywności zawodowej. Pełnił Pan między innymi funkcję Cechmistrza Cechu Fotografów Polskich, Vice Prezesa Stowarzyszenia Fotografów Polskich. Od lat prowadzi Pan prężnie działającą firmę portretową, nie narzekającą na brak zleceń. Jakby tego było mało dzieli się Pan swoimi doświadczeniami pracując jako wykładowca.  Nie brakuje także czasu na dokonania artystyczne, czysto pasjonackie. Wszystkie te czynności związane są z pracą z człowiekiem, w większości z modelem. Z jakimi modelami pracuje się Panu najlepiej?

- Idealna modelka i idealny model muszą być przede wszystkim plastyczni. Często powtarzam, że fotografowana dziewczyna nie koniecznie musi być piękna, żeby powstało piękne zdjęcie. Jeśli fotografowany otworzy się na propozycje fotografującego, to mogą powstać rzeczy wspaniałe. Każdy człowiek ma w sobie osobliwy urok, który można wydobyć. W tym, co robię chcę wyrażać również siebie, przypieczętowywać każdy portret sobą samym. Sukcesem będzie dla mnie fakt, że wykonane moją ręką zdjęcia będą w pełni rozpoznawalne jako moje. Wie Pani, to jest tak: jeżeli Picasso namalował konia, to powstaje pytanie: czy to jest obraz Picassa, czy to jest obraz konia? Idealna sytuacja: kiedy w dziele odbija się osobowość twórcza artysty.

- Wyznał Pan w którymś z wywiadów, że zdjęcie robi głowa, nie aparat, czy jednak zdarzyło się Panu kiedykolwiek, żeby wykonane zdjęcie Pana zaskoczyło, zszokowało, przerosło wszelkie intencje?

- Aż tak ostro bym się nie wyraził, żadne moje zdjęcie mnie nigdy nie zszokowało. Natomiast jestem gorącym zwolennikiem idei, którą Pani przytoczyła, że każde zdjęcie absolutnie powinno powstać w głowie. Zdjęcie wykonane przypadkowo, nawet jeśli zdobyło jakieś super nagrody jest zdjęciem złym.

- Nie ma Pan takich zdjęć?

- Mam

- I wszystkie uważa Pan za złe?

- Nie, niektóre z nich mogłyby zostać uznane za bardzo dobre, ale nie mam odwagi i rzemieślniczy pion, zakorzeniony we mnie pokoleniowo, mi na to nie pozwala, żeby tego rodzaju zdjęcie traktować jako swoje osiągnięcie. Jeśli bowiem nie powstało ono w mojej głowie, to gdzie? Stworzył je przypadek i takiego zdjęcia nie byłbym w stanie powtórzyć. Takie zdjęcie po prostu nie jest moje, gdyż to nie ja jestem jego wykonawcą.

- Nie sądzi Pan, że działalność artystyczna charakteryzuje się taką właśnie intuicyjnością, nieprzewidywalnością?

- Tak, twórczość artystyczna to zupełnie inna bajka. Podobnie sprawy się mają jeśli chodzi o zdjęcia reporterskie, w nich dużą rolę odgrywa przypadek. Ja jednak czuję się w przeważającej części rzemieślnikiem, wyrosłem z rzemiosła, młodość spędzałem w studiu portretowym, które od pokoleń jest w posiadaniu naszej rodziny.

- W jakim stopniu prowadząc ten pokoleniowy zakład fotograficzny inspiruje się Pan Firmą Portretową Witkacego?

- Do Witkacego to ja jestem za mały . Tylko on mógł sobie pozwolić na to, żeby w swoim studio napisać to słynne zdanie: „klient ma prawo portret kupić, lub nie kupić, ale nie ma prawa dyskutować”. Ja żeby móc być artystą muszę na to zarobić jako rzemieślnik. Jeśli przychodzi do mnie klientka, która chce mieć zrobione zdjęcie w jakimś kapeluszu, który mnie zupełnie nie rajcuje i uważam, że ten kapelusz jest nie fajny, to jako rzemieślnik ja nie mam prawa jej powiedzieć: „wie pani co, ma pani idiotyczny kapelusz, proszę go zdjąć”, bo ona wtedy trzaśnie drzwiami i ja stracę klienta. Natomiast jeśli będę robił zdjęcie dla siebie, na wystawę, to powiem jej: „słuchaj, przyjdź w takim kapeluszu, w takich okularach, w takiej sukience i takich butach. A jeśli nie masz takich ubrań, to ja ci je muszę załatwić.

- A jak jest w przypadku tych sesji ślubnych, z których perfekcyjnego wykonania Pan słynie. Kształt takiej sesji dyktują młodzi, czy też to w zupełności Pana inicjatywa?

- Bardzo chciałbym, żeby to nowożeńcy wpływali na kształt tych zdjęć, żeby przychodzili z jakimś swoim pomysłem. Przeważnie jednak bywa tak, że na pytanie, o to jakie chcą mieć zdjęcia, odpowiadają, że ładne. Jak wiadomo, pojęcie to jest mocno względne. Dążę więc do ustalenia wspólnej, ich i mojej, wizji. To przede wszystkim sztuka dialogu, bardzo ciekawa i inspirująca dla obu stron . Wie Pani, natrafiłem kiedyś na zakład fotograficzny, który proponował ludziom sesje ślubne „w plenerze” – szumnie nazwane, a ten plener okazał się skrajnie kiczowatym ogródkiem. Zakład wystawił przykładowe zdjęcia, a podpisy pod nimi brzmiały następująco: zdjęcie na ławeczce miłości, zdjęcie pod latarnią szczęścia, zdjęcie na skwerze nadziei. Cały fenomen tej, absurdalnej w moich oczach firmy, polegał na tym, że mieli oni sporo chętnych na swoje prymitywne, zawężające horyzonty fotografie ślubne. Ludzie przychodzili i mówili: „my chcemy 5 zdjęć na ławeczce miłości, 5 zdjęć pod latarnią szczęścia itd.” Społeczeństwo polskie wciąż bardzo słabo otwiera się na pomysły formalne, choćby one były najbardziej miłe oku i rozwijające ducha.

- Czy chce Pan powiedzieć, że dziś, w polskich realiach bardzo trudno jest czerpać przyjemność twórczą z uwieczniania ślubów?

- Tak. Ludzie są bardzo przywiązani do utartych form, a fotografia ślubna dość trwale zakorzeniła się w świadomości Polaków jako produkt kiczowaty. Trzeba przełamywać ten stereotyp.

- W jaki sposób? Jaka była najbardziej zwariowana sesja ślubna, którą Pan wykonał?

- Mam nadzieje, że te najbardziej zwariowane jeszcze są przede mną. Robiłem zdjęcia nowożeńcom na stacji benzynowej, a także w deszczu, kiedy byli cali utaplani wodą z ogromnych kałuż w które frywolnie wskakiwali nie bacząc na nieskazitelną biel sukienki i inne tego typu sprawy.
Pomysłów mam jednak wiele, tylko fotografia przestaje być już dzisiaj na tyle dochodową profesją, żeby wszystkie z nich realizować. Chciałbym żeby były zlecenia na ciekawe sesje, które mam w głowie.

- Niezręcznie w wywiadzie z artystą rozmawiać o pieniądzach, ale proszę przybliżyć dlaczego ta profesja przestaje być opłacalna finansowo?

- Dziś fotografią rządzi tzw. szara strefa, która robi zdjęcia nie płacąc podatków. Ludzie ci nie ponoszą żadnych kosztów związanych z utrzymaniem studia fotograficznego, gdyż mają tylko tel. komórkowy, stronę internetową. Jeśli tam zdjęcia miałyby kosztować 400 zł, to ja 500 zł mam samych kosztów. Państwo się tym nie interesuje, nie ściga tego, opinia publiczna nie piętnuje takich zjawisk.

- W takim razie może powróćmy do przyjemniejszych wątków. Jakie były Pana pierwsze doświadczenia związane z fotografowaniem?

- Jako dziecko chodziłem razem z ojcem fotografować zmarłych. Brzmi to dziś trochę makabrycznie i egzotycznie, ale wtedy były takie zwyczaje, że do czasu pogrzebu nieboszczyk leżał w trumnie w domu, w zupełnych ciemnościach, rozjaśnianych tylko światłem świec. Ludzie zamawiali ojca, by robił zdjęcia, kiedy rodzina stoi wokół trumny. Ojciec potrzebował w tych ciemnościach dodatkowych rąk i oczu, więc brał mnie do pomocy. Aby wykonać zdjęcie trzeba było najpierw wyindukować krótki błysk świetlny. Używano wtedy takich żarówek spaleniowych. Kiedy się taką podłączyło do prądu, to wybuchała i dawała intensywne światło.

- To było chyba niebezpieczne?

- Nie, zaprojektowano to specjalnie do celów fotograficznych, ten wybuch w  żadnym razie nie powodował, że szklanki spadały ze stołu. W żarówce mieściło się ileś włókien i jak one wszystkie zaczęły się żarzyć, to ta żarówka się stapiała, nawet nie pękała i nie towarzyszyła temu żadna eksplozja. Kiedy tata sobie już wszystko poustawiał, to wołał: „Krzysiek, pal!”. Wtedy wsadzałem do kontaktu wtyczkę, żarówka zalewała wszystko wokół silnym światłem i powstawało zdjęcie. Takie były moje pierwsze kontakty z fotografią.

- A może opowiedziałby Pan jeszcze o jakiś innych, nie związanych z pogrzebami przygodach z fotografią lat dzieciństwa

- Ciekawe przygody z fotografowaniem miałem także jako młodzieniec. Kiedy chodziłem do Technikum Fotograficznego, zlecono mi fotografowanie więźniów. W Giszowcu był taki ośrodek pracy więźniów skazanych za niezbyt groźne przestępstwa. Ludzie tam przebywający wykonywali przeróżne roboty na terenie miasta i w zamian za to uzyskiwali przepustki. Trzeba im było robić zdjęcia do tych przepustek. Była taka zasada, że zawsze musiałem mieć przy sobie 2 – 3 paczki Sportów (papierosów), nigdy im tych papierosów oficjalnie nie dawałem, ale był taki zwyczaj, że kładłem je gdzieś tam, odwracałem się i udawałem, że nie widzę kiedy one znikają. To była taka łapówka dla tych więźniów, żeby oni zechcieli ze mną współpracować, czyli pozować mi do zdjęć.

-To było takie dokumentowanie rzeczywistości

- Tak, bo to przecież były zdjęcia do dokumentu, do tej przepustki.

- Te zdjęcia pogrzebowe także miały charakter dokumentalny

- Także

- Zastanawia mnie z czego wyrastają wszystkie surrealne cykle Pana fotografii, mistrzowskie za sprawą nierealistycznej aury, którą są szczelnie otulone. Na przykład cykl „Symetrie” zupełnie nie odwzorowujący rzeczywistości: dziwny, malarski, powołujący do życia światy wyobrażone. Gdzie tkwią źródła takich dokonań skoro od kołyski wychowywał się Pan na zdjęciach dokumentalnych?

- Nie wiem. Na pewno nie ma w tym żadnej ideologii. Powiem Pani szczerze: ja się bardzo długo nie zajmowałem fotografią artystyczną w ogóle , dlatego, że nie miałem na to czasu, bo w całości byłem oddany firmie.

- Ile lat Pan tak funkcjonował?

- Dwadzieścia. Dopiero później Andrzej Koniakowski ze ZPAF –u  namawiał mnie rok, dwa żebym wstąpił do związku. Ja nie czułem się na siłach, nie miałem żadnych nadających się prac zrobionych, żadnej drogi twórczej wytyczonej. Potem dałem się namówić i po jakimś czasie zacząłem się rzeczywiście bawić fotografią artystyczną.

- I teraz Andrzej Koniakowski musi Pana hamować w fantazjach, jak czytamy na oficjalnej stronie ZPAF – u

- I teraz on mnie musi hamować, bo mi się to wszystko zaczęło strasznie podobać.

- Ja jestem bardzo ciekawa w czym on Pana tak hamuje , to znaczy jakie jeszcze były pomysły na zdjęcia?

- Ja mam jeszcze taki cykl zdjęć, którego do tej pory jeszcze nikomu nie pokazywałem. Były one robione w Nikiszowcu, w ośrodku dla dzieci niepełnosprawnych.

- Czytałam coś o modelkach niepełnosprawnych , którym Pan robił zdjęcia

- To były dziewczyny z Gliwic, one same się zgłosiły do mnie z taką propozycją. Zrobiłem im tę sesję zupełnie za darmo, gdyż pomysł mi się bardzo spodobał. Doświadczyłem przy tej okazji niesamowitego: olbrzymi optymizm i mnóstwo uroku zaklętego w ciałach tych kobiet zestawione z niepełnosprawnością. Wydano potem kalendarz z tymi zdjęciami.

- Kiedy widzę rozemocjonowanie na Pana twarzy mam wrażenie, że to jedna z ważniejszych inicjatyw fotograficznych, których się Pan w życiu podjął. Jakie inne zapadły jeszcze Panu jakoś szczególnie w pamięć?

- Z sentymentem wspominam taką wystawę dwuczęściową, którą miałem w Muzeum Śląskim. Tytuł przedsięwzięcia brzmiał: „Twarze teletrójki 1” i „Twarze teletrójki 2”. Przede wszystkim zależało mi wtedy na tym, żeby pokazać na zdjęciach ludzi, którzy pracują w telewizji, ale nie zawsze są rozpoznawalni, na przykład taki operator dźwiękowy – gdzieś tam pisze, że on się nazywa bla bla bla, ale nikt go nigdy nie widział . Oprócz tego fotografowałem spikerów. Telewizja katowicka nadawała wtedy 24 godziny na dobę, a nie tak jak w tej chwili 4. Wspominam ten projekt z  rozrzewnieniem, jest to pamiątka czasów, które są już historią.

- Serdecznie dziękuję za rozmowę, życzę Panu, aby możliwe było zrealizowanie wszystkich nietuzinkowych koncepcji, które w Pana głowie siedzą.

 

Wywiad przeprowadziła Izabela Ochman