Wywiad - Sówka Erwin powrót

Wywiad Marty Lisok z Erwinem Sówką 26.07.2007, Katowice 
 
Alchemiczne samodoskonalenie się Erwina Sówki, czyli New Age po śląsku


Marta Lisok: W jaki sposób postrzega Pan malarstwo? Śledząc pańską twórczość można dojść do wniosku, że są to alchemiczno/symboliczne wizje niezrozumiałe dla niewtajemniczonych tworzone z wewnętrznej  potrzeby, w myśl teozoficznych poszukiwań tajemnicy bytu?

 

Erwin Sówka:  W moim przypadku malarstwo to walka ze sobą, nieudolne naśladowanie rzeczywistości jako kreacji boskiej, jest przeze mnie rozumiane jako strumień przepływający przez jaźń i ręce aż na koniec pędzla. Abstrakcje uznaje za wyraz zła jako pokłosie naszej technicznej cywilizacji. Tylko naśladowanie natury zdolne jest wywołać u widza jakąś iskrę, wtedy przestaje być jedynie plamą farby na płótnie. Doskonałe dzieło to dla mnie dzieło skończone, jak wszystko musi mieć swój początek i finał. Nie cenię Leonarda da Vinci, bo on nic nie potrafił namalować do końca. Takie postrzeganie malarstwa wymaga cierpliwości i uporu w zmaganiu z obrazem, będącym swego rodzaju męczarnią, od której w trakcie malowania nie potrafię się oddzielić. Przemalowuje, poprawiam, ciągle udoskonalam, idę w kierunku coraz większej poprawności rysunku. Praca nad obrazem trwa długo, nigdy nie zaczynam nowego jeśli nie skończę starego, zawsze zajmuje się tylko jednym. Malowanie to długie siedzenie, wpatrywanie się w płótno, to medytacja.

 

Marta Lisok:  Subtelność aktów z płócien P. Delvaux, zmysłowość ocierająca się o perwersje z Botero, manieryczna wielość form Archimboldo, zagadkowość i wizyjność M. Ernsta - gdzie poszukiwać Pańskich inspiracji, tropić wpływy?

 

Erwin Sówka: Właściwie nie studiuję dzieł wielkich mistrzów. Wszystko czerpię z własnego wnętrza, intuicji. Mistrz Rublov wykuwał oczy swoim uczniom jeśli w jego warsztacie źle malowali Boga na ikonach. Ja również szukam doskonałości, ideału. Malarstwo traktuję jako powołanie. Nie ukrywam, że ogromny wpływ miało na mnie zetknięcie się z filozofią i ikonografią Wschodu, głównie fascynacja tradycją Hari Kriszną, lektura Mahabharaty, Bhagavad - Gita powszechnie uznawanej za klejnot wiedzy weddyjskiej, stających się dla mnie prawdziwą kopalnią impulsów dla wyobraźni.

 

Marta Lisok: Jak zaczęła się Pana  przygoda z malarstwem?

 

Erwin Sówka: Rodzina górnicza nie zapewniała  praktycznie żadnych perspektyw wykształcenia, ale po prostu zawsze chciałem malować. Uczestniczyłem w rocznym kursie malarstwa przy Domu Kultury przy ul. Francuskiej w Katowicach – ogólnie wizualna propaganda polityczna – gipsowe odlewy głów Lenina, dekoracje na dzień górnika, portrety przodowników pracy, to tam właśnie kompletnie nic się nie nauczyłem poza rysunkiem. Na kursie poprawiali moje prace a ja wiedziałem, że jestem lepszy od nich, że mam większy talent. Nie poszedłem dalej w tym, kierunku, rodzice nie myśleli o wykształceniu dla dzieci, to  były inne czasy. Do wszystkiego doszedłem sam. Krygowski (nauczyciel na kursie) był raczej ekspresyjny, brutalny, a ja preferuję subtelność, pietyzm, drobiazgowość, dopracowanie. Najlepiej wierzyć sobie, swoim zmysłom, być wiernym sobie, nie dać sobą manipulować. Nie słuchać żadnych rad, nie zbaczać ze swojej drogi. Jedna rada pasuje do A a nie koniecznie już do przypadku B. Indywidualny przypadek potrzebuje jednorazowego podejścia, nie ma złotego klucza do uczuć i zachowań ludzi. Jeśli chodzi o mnie to mam potrzebę malowania stylizowanych aktów kobiecych, tylko zgłębianie tej tajemnicy jest dla mnie istotne.

 

Marta Lisok: Operuje pan kilkoma kolorami w sposób pozwalający  interpretować je na zasadzie symboli, odnośników (błękit, turkus, seledyn, fiolet). Czy można wydzielić jakieś okresy fascynacji danym kolorem w pańskiej twórczości?

 

Erwin Sówka: Kolor z założenia jest symboliczny. Niebieski to kolor filozofów, zbliżenie do nieba. Właściwie każdy artysta przechodzi w swojej twórczości błękitną fazę oznaczającą brak miłości. Przeczytałem o tym w tabeli kolorów, z którymi jest podobnie jak ze znakami drogowymi. Kolor musi uderzać po oku. W moim malarstwie używam całej gamy barwnej. Jestem Szopenem koloru, przejścia, umiejętne operowanie, to klucz do zrozumienia jego istoty. Współcześni artyści boją się intensywności koloru, specjalnie brudzą go, jakby w jakiś sposób napawał ich strachem.

 

Marta Lisok: Czy maluje pan z natury, czy obrazy to kompilacje motywów? Czy funkcjonuje jakiś szkicownik z motywami, które pan skrupulatnie gromadzi a potem wplata w swoje obrazy? Ile trwa malowanie od fazy szkicu do ukończenia obrazu?

 

Erwin Sówka: Wszystko wymyślam sam. Szkicownika używam rzadko, wydaje mi się, że od razu lepiej przełożyć pomysł na płótno, wtedy obraz jest naprawdę żywy, wartościowy. Jest jak krajobraz,  dynamicznie się zmienia w trakcie malowania.

Perspektywa jest przeze mnie bardzo starannie wykreślania za pomocą ekierki, linijki nic na oko, używam cienkich pędzli, godzinami dopracowuje każdą cegłę z osobna. Używam fotografii, sposób malowania mocno się zmienia, ewoluuje przez lata, można to wyczuć w moim sposobie malowania. Najbardziej zależy mi na oddawaniu miękkości i delikatności ciała kobiecego na tle architektury – zgeometryzowanej i twardej. To jubilerskie, pracochłonne działanie wymagające cierpliwości, to swoisty proces samodoskonalenia się, jak twórczość kompozytora i jego szukanie melodii, kawałek po kawałku.  Właściwie nigdy nie maluję bezpośrednio z natury. Nawet architekturę Nikiszowca oddaję posługując się fragmentami, stapiam w moja indywidualną wizję. Na tych płótnach można szukać konkretnego miejsca. Architektura jest fantazyjna, nie istnieje w rzeczywistości. 

 

Marta Lisok: Czy liczne odniesienie do, istotnego w kręgach alchemicznych, Saturna, tajemnicze kody, znaki, litery, liczby, inkrustacje na powierzchni obrazów, szkiełka wtopione bezpośrednio w deskę, mają jakieś ukryte znacznie czy są jedynie elementem dekoracyjnym?

 

Erwin Sówka: Często stosuję cekiny, paciorki, muszle jako inkrustacje, które umieszczam bezpośrednio w podobraziu, wzbogacając nimi kompozycje. Te alchemiczne znaki coś mi wewnętrznie dyktuje, ja jestem tylko narzędziem. Malarz jest filozofem, spekulującym na własny sposób. Na przykład w obrazie pt „Govinda” pojawiają się elipsoidalne otwory – trudno powiedzieć co właściwie oznaczają. Maluję je, bo czuję, że powinny się tam znaleźć tak jak w przypadku „podarowania” św. Barbarze moich górniczych orderów. Czasem po prostu czuje, że trzeba to namalować, to przychodzi samo. Kosmiczne, niespotykane formy które nie wiadomo skąd się biorą. To coś obcego we mnie samym. Mam pewną wizje przed oczami, zaczynam malować i coś wychodzi.

Obecnie nie szukam już tak intensywnie w alchemii, w astrologii, gdzie planety są materialne, na nich tak samo istnieje zło, śmierć, rozkład nieszczęście samotność. Poszukuje raczej doskonałych planet mentalnych.

 

Marta Lisok: Malowanie traktuje Pan jako medytacje, kamień filozoficzny, duchowy stan doskonałości, ustawiczne samodoskonalenie się...

 

Erwin Sówka: Namalowałem w życiu ok. 500 obrazów. Czasem nie rozpoznaje swoich własnych prac. Zastanawiam się czy to ja malowałem czy ktoś mnie umiejętnie naśladował.

Teraz tworzę powoli, w  całkowitym skupieniu. Brakuje mi temperamentu z okresu młodości, za to mam wiedzę, przeszedłem kilka poziomów do przodu, jestem bardziej świadomy. Zupełnie nie identyfikuję się z malarzami naiwnymi, w których sztuce nie widać postępu, brakuje wzrastającego poziomu doświadczenia.

W moim malarstwie muszę być szczerym. Okłamywać można tylko jedną osobę – samego siebie. Wszystko zależy od Boga, ja, mówiąc krótko, chcę postępować/malować po bożemu. jestem przekonany, że to jedyna szansa doprowadzenia do prawdy, poszukiwania idei porządku, harmonii kosmosu.

 

Marta Lisok: Do czego ma prowadzić miksowanie motywów pochodzących z rożnych kręgów kulturowych, new agowski synkretyzm: typ Wenus z Willendorfu, indyjskie boginie, neolityczne kształty figurek Wielkiej Matki, kosmitki? Często wspomina pan o potrzebie zdefiniowania  istoty kobiecości typ? Czy motywy falliczno–waginalne, wizja świata uwikłana w płciowość, tantryzm jako idealny układ, to wyraz poszukiwanej przez pana symetrii, dwoistości koniecznej do osiągnięcia pełni, oświecenia?

 

Erwin Sówka Świat jest pruderyjny, czasem odbiorcom trudno przeniknąć i zaakceptować stylistykę moich obrazów, ocierających się w jakiś sposób o obsceniczność . Nie poddaję się żadnym presjom, nie ulegam trendom. Istota kobiecości, uosabiająca boskość, energię kosmiczną, odpowiednik duszy, to główny temat w mojej twórczości, oprócz wątków górniczych i apokaliptycznych. Maluje dla Boga, chce namalować tak piękną i nadziemską kobietę, która nawet jemu by się spodobała, wszystkie  kobiety na moich obrazach są skompilowane z różnych wzorów, kształtów, kultur, przez to ponadczasowe. „Coś w tym jest” mówią o moich boginkach same kobiety, wyczuwają swoistą esencję na tych płótnach.

Z aktami męskimi jest śliska sprawa, mówiąc wprost, nie można ukryć członka tak szybko, a ciało kobiety można oddać w bardziej subtelny sposób. Na moje akty mogą patrzeć nawet dzieci dlatego, że jest w nich pewna nierealistyczna niewinność.

Jednocześnie na moich płótnach, oprócz świętych, aniołów i dobrych duchów, pojawiają się kobiety-demony, zabierające umysł, kosmitki przychodzące w nocy i meczące mnie swoimi kształtami. To dawne strzygi, przewijające się w mitologii ludowej, folklorze.  Z tym nie ma żartów. Wysysają siły życiowe, niszczą wszystko, nie da się od nich wyzwolić.

Czarne boginie pojawiające się dość często w mojej twórczości, to wcielenia krwiożerczej bogini Kali, upostaciowieni nienawiści, zniszczeni, wszelkiego zła odpowiadająca ziemskim nieszczęściom, tragediom. To ta ciemna strona Boga, kobiecy odpowiednik o tej samej mocy. Jednak przede wszystkim malowane przeze mnie zmysłowe ciała astralnych bogiń to przedsmak niebiańskiej świątynia miłości, jako miejsca spełnienia najbardziej wyszukanej  seksualnej przyjemności.

Wywiad przeprowadziła absolwentka historii sztuki Uniwersytetu Jagiellońskiego ze specjalności sztuka aktualna.

powrót